Powstanie warszawskie… przegadane?

Wczorajszy wieczór wyobrażałam sobie całkiem inaczej. Wcale nie z żołnierzami i krwią. Miał być lekki, przyjemny. Założenie było proste po upalnym dniu, nie myśleć tylko tyle i chyba aż tyle. Jednak zamiast włączyć ulubiony film, wziąć pudełko lodów w mojej ręce znalazł się pilot. Nie wiem dlaczego, może chciałam po raz kolejny się przekonać, że w telewizji o tej porze nie ma nic ciekawego, pomimo płacenia abonamentu. To był błąd. Mój lekki przyjemny wieczór – trafił szlag. Wszystko dlatego, że utknęłam w filmie „Powstanie warszawskie” w reż Jana Komasy

Co jest inaczej?

Film jak wyczytałam już później po tym jak opadły ze mnie emocje choć wciąż się trzęsę, wcale nie jest nowością, powstał w 2014 r. To co jest w nim najlepsze to to, że nie znajdziemy tam, żadnego Pawlikowskiego udającego powstańca (żeby nie było lubię Czas honoru) tylko zwykłych i przez to niezwykłych ludzi. Są oni ujęci w kadrach, na zdjęciach, fragmentach taśmy. Jest to 6 godzin autentycznych materiałów, skróconych do 80 minut. Do kadrów jest oczywiście dodany kolor i dźwięk, jednak w tak realistyczny sposób, że mamy wrażenie, że naprawdę, podążamy za mieszkańcami tamtejszej Warszawy i jesteśmy na alejach Jerozolimskich. Ludzie fotografowani w czasie walk, ślubów, zabawy, widzimy próby odnalezienia się mieszkańców w nowej powstańczej rzeczywistości. Nie ominiemy także wszechobecnej śmierci, głodu, po prostu życia. Film jako jedyny miał być non -fiction czy na pewno? No właśnie…

Powstanie warszawskie po amerykańsku?

W Powstaniu Warszawskim widać tą autentyczność kadru, ogromną pracę ludzi, specjalistów, którzy z ruchów warg odczytywali słowa, tworzyli dialogi, jednak starali się aż za bardzo. Dla widza który świadomie przyszedł na film i wie coś o tych wydarzeniach, nie jest potrzebny amerykański zabieg dopowiadania wszystkiego wprost. Nie rozumiem dlaczego dodano do filmu postacie Karola i Witka operatorów kamery. Może twórcy w ten sposób chcieli zintegrować jeszcze bardziej kamerę z otoczeniem. Dla widza mogłoby być niby zbyt nudno bez narracji jednak przecież mieliśmy filmowców od AK praca ta była bardzo niebezpieczna m.in dlatego, że musieli pracować z głowami  w beretach, ponieważ, założenie hełmu uniemożliwiało filmowanie. Nakręcili około 18 godzin materiału. Niejaki Bohdziewicz wspominał po latach:

Pamiętam: wystawiamy z okna mego mieszkania na najwyższym piętrze domu Wedla naszego Kodaka i filmujemy ostrzał z ciężkich dział warszawskiego Prudentialu [ hotel Warszawa przy placu Powstańców]. Leci jakiś samolot. Nam, naiwnym, wydaje się, że to angielski. Machamy doń przyjaźnie rękami. Samolot (był to naturalnie niemiecki Messerschmitt) robi kółko i pruje w okno z karabinu maszynowego. Na szczęście tylko futryna i szyby ucierpiały.

Jeśli narracja istnieć musiała to w oparciu o ich wspomnienia mogło być wtedy bardziej autentyczne. W filmie jest niesamowicie sztucznie jeśli słyszę “Karol głodny jestem…” a obraz przedstawia martwe ciała, to wrażenie jest dziwne.

 

 

Interakcja między rzekomymi  reżyserami nie pasuje. Jest sztuczna, głosy nie są dobrane, odczytane i odegrane bez emocji ale dlaczego mamy się dziwić. Na tle tak wielu zdarzeń, które są widziane na zdjęciach wszystko wypada blado. Nie potrzebna była także osobista historia rodzinna operatorów, wyrywało to z klimatu filmu. Gdy zanurzałam się w tym co widzę odzywał się to jeden to drugi z braci i miałam ochotę wyłączyć głos. Owszem nadaje to jakieś wrażenie wielowymiarowości ale to jest tak sztuczne, że aż boli i psuje klimat.

Brak symbolizmu w ciszy

O wiele lepiej byłoby gdyby twórcy zwrócili się w stronę symbolizmu, ujęcia były krótkie akcja dynamiczna, klimat grozy dzięki zestawieniu zdjęć tworzył się sam. Nie potrzebne były komentarze „Karol niosę statyw ale ja chcę do powstania” Symbolizm ciszy byłby po prostu odpowiedniejszy. Narrator mówiący na początku i na końcu dodający ostatnie zdanie ma pasujący głos. Kadry bronią się same i wraz z delikatną muzyką nie potrzebowałyby niczego, film jest przegadany przez nowoczesnych aktorów a nie emocje z tamtego czasu. Kilka kadrów zostanie mi na zawsze w pamięci. Między innymi ujęcie Alei Jerozolimskich, które wyglądają jak miasteczko obcej cywilizacji całkowicie wymarłe. I to ostatnie zdanie zostałem sam zepsuło niestety wszystko. Czasem lepiej nie mówić nic cisza także jest dialogiem. Film był polskim kandydatem do Oscara jednak po obejrzeniu nie dziwię się, że nie dostał wyróżnienia w roku w którym startował do nagrody.

A co do mojego wieczoru nie był lekki ani przyjemny ale czasem tak bywa, że jak widzisz sztukę (nawet jeśli zbyt głośną) to nie możesz jej ominąć. Cieszę się, zmusiłam się do myślenia i tak ze smutkiem doszłam do wniosku, że ciągle gdzieś trwa jakaś wojna, ciągle na świecie trwa jakieś powstanie i tak będzie już zawsze.