Zapiski

Łatwiejszy świat – czyli sen dziewczyny z miasta

Postanowiłam wrócić do cyklu moich zapisków, tym razem natchnieniem był sen, który mnie nawiedził całkiem niedawno. Zapraszam więc do mojej głowy.

Nie myśląc o przyszłorocznym głodzie sprzedałam krowę na podatek a drzwi porąbałam na opał. – „Westchnienie wieśniaczki”

Świat mój umarł… Dokładniej zastąpiło, go coś w czym nie umiem się odnaleźć. To tak jak gdyby czarownice zmusić do praktykowania chrześcijaństwa. Nie jest możliwe aby nie pamiętała starych czasów, kiedy latała na miotle. Teraz w obawie przed stosem grzecznie się uśmiecha i stoi na mszy z innymi. Nie wierząc w to co właściwie robi.

Pytanie jakie pewnie masz czytając to kimkolwiek jesteś: czy wierzę? Tak. Jednak ufam, że w codziennej rozmowie ze sobą i z Nim dowie się On ode mnie więcej niż podczas niedzielnych mszy. Rzadko zaglądam do tych świątyń kultu, bo wydają się bardzo chłodne. Zdecydowanie wolałabym jaskinie.

Inny świat

Wracając do przewodniej myśli. Wszystko się rozpada i rdzewieje. Moje miejsca w których czułam się dobrze, są niszczone. Zastępowane przez postęp, użyteczność, czy myśl architekta. Pierwszy zmodernizowano park, w którym pokonywałam swoje słabości, poznawałam każdą alejkę i ławeczkę. Kości żuchwy zacisnęły się w dezaprobacie, gdy dowiedziałam się, że kosztem drzew powstał taras widokowy. W uszach słyszałam lament ptaków. Kolejnym przeróbkom ulegały domy, w których zostawiłam kawałek serca. Tam zburzono płot, wycięto pierwsze drzewa, które sadził dziadek. Gdzieś indziej pomalowano na lawendowo wszystkie obrazy, które wisiały na ścianach.

Zapewne chcesz wiedzieć, dlaczego mówię Ci to wszystko właśnie teraz? Przypomniałam sobie moment śmierci. W swoim życiu umierałam kilka razy jednak ta była pierwsza i najważniejsza. Był to dzień w którym, dziewczynka pożegnała się z szansą aby stać się kobietą. Od czasu do czasu widzę siebie we śnie. Jej rozpuszczone włosy sięgają do połowy uda, wie doskonale, że to jej atut. Są tak gęste, że słońce chowa w nich swoje promienie.

Powiedziano mi, że oczy zaraz po naszym narodzeniu, miały kolor czarnej perły z upływem lat w oczodołach zagościła muśnięta słońcem szałwia. Jednak w tej chwili z powodu pasji i furii jej źrenice, mają barwę malachitu. Wibruje energią, ubrana w letnią sukienkę, wie, że widać niedoskonałości. Jeden uśmiech zakrywa wszystkie… Siada na starym fotelu dziadka. Delikatny ruch uwydatnia akceptację i miłość do siebie.

Spodziewając się zmiany pogody i tego co ma nadejść mówię:

– Nie tego chciałam. – Gdy usłyszała te słowa, podniosła dłoń z ręcznie robioną biżuterią. Spadł deszcz, niewypowiedziana oznaka litości. Siedząc na mokrym balkonie w LeGrażu, żegnam kamieniołomy i zapach dziewiczej natury. To jest ostatni raz. Tamtego dnia w mieście, jedyną osobą, która myślała o kobiecie uwięzionej we mnie była moja babka. Wiedziała, że pożałuję tej decyzji, że nigdy nie zapomnę tego dnia. Z bardzo prostego powodu, nie byłam przygotowana do tego psychicznie.  Za to mama z satysfakcją prowadziła mnie w to miejsce. W jednej sekundzie popatrzyłam w lustro, w drugiej, część mnie znalazła się na podłodze. Zdążyłam jeszcze tylko popatrzeć wstecz i powiedzieć:

– Oddajcie je innym kobietom.

Mój świat…

Gdy znika z bujaka, czuję zapach poziomek. Wiem, że jestem w innym miejscu… Dom z liliowymi oknami i gołębią ścianą, zatapia się w piasku. Nic tu do siebie nie pasuje. Ale właśnie w tym nieładzie, czuje się dobrze. Nigdy nie przyznałam się do tego ale zostałabym właśnie tutaj przez resztę życia. Powodem byłaby prostota życia, nieład i bliskość natury. Podchodząc bliżej, czuję już zapach łajna, wiem że ona ukrywa się właśnie tam. Widzę czerwoną chustę. Nie mogę powiedzieć niczego. Jest tak związana z karmieniem zwierząt, że słowa „mieszczki” byłyby profanacją tego rytuału.

Znajomy krok. Aromat. Dźwięk. On.

Czeka aż żona skończy tworzyć życie. Rozleje je pomiędzy dni. Resztkę za grosze odda mleczarzowi. Patrzył w milczeniu, wydawał się wiedzieć, że to jej czas na samotność. Gdy wychodzi okrywa ją swoim czarno – szarym swetrem i wciąż bez słowa idą do starej, zepsutej ławki po to aby napić się jeszcze ciepłego mleka. Pomiędzy kolejnymi łykami, opowiadają sobie godziny spędzone w tych prostych trybikach życia. Przy ostatnim zdaniu, jej dłoń drży ze zmęczenia. Biała kropla upada, zanim zdąży dotknąć zieleni, znowu muszę odejść…

Klaudia Chrapko

Mam na imię Klaudia i cieszę się, że tu jesteś. Chciałabym abyś się poczuł jak u siebie i wypił ze mną kawę w otoczeniu słów. Na blogu opowiem Ci nie tylko o moich potyczkach z fotografią ale o tym co mnie inspiruje. Będzie to podróż pełna wyzwań. Zapraszam cię serdecznie zabierz ze sobą ciekawość!
Jeśli podobał Ci się ten tekst udostępnij go dalej, lub odwiedź mnie na facebooku: Sztuka Pisania

Może coś jeszcze