koronawirus
Piszę,  Publikacje

Jak to jest publikować po cichu… czyli Nieme bohaterki

W lipcu udało się wydać, pozycję na temat, koronawirusa, pytanie jak w paru stronach zawrzeć to co się dzieje na świecie, ciągnęło się od pierwszych tygodni pandemii. Wiedziałam, że muszę, zabrać głos w tej debacie nie z powodów politycznych, ale osobistych. Czułam, że moja mama, która jest w grupie ryzyka nie zrezygnuje z pracy, bo gdyby to zrobiła byłoby nam nieco trudniej. Oczywiście zdrowie też jest ważne jednak nie pozwoliła się przekonać na nic więcej poza dwutygodniowym urlopem, kiedy to wszystko wybuchło. Emocje wciąż we mnie siedzą nawet po opublikowaniu tego tekstu, bo chociaż sytuacja w sklepach pod względem artykułów się poprawiła, to ludzie nie są wcale mądrzejsi. Przychodzą bez maseczek, ignorują nakazy siedzenia w domach. Lekarze zeszli do podziemia i jedyne co pozostaje to rzeczywiście chorować na wirusa, bo inne choroby przewlekłe są zapomniane bo jak telefoniczna wizyta ma zrekompensować wizytę u chirurga, onkologa, kardiologa. Więc wszyscy bądźmy zdrowi tego wam życzę a teraz opowiadanie o którym wspominałam na facebooku wczoraj, (tak, tak mogę je opublikować).

Nieme bohaterki

Maria uwielbiała swoją pracę, od 30 lat ciągle w tym samym miejscu, mogłoby się wydawać, że nie ma nic nudniejszego, ale ona uważała te kilka metrów blaszanego baraku za centrum jej świata. Obserwowała, z fascynacją jak dzieci, którym sprzedawała codziennie lizaki dorastają, zamieniają się w kobiety, mężczyzn, zakładają własne rodziny. Gdy już byli dorośli i mieli kłopoty, przychodzili do niej, nie tylko po zakupy, ale po wytchnienie i zwyczajny pocieszający uśmiech. Teraz gdy ponownie tyle było dzieci na osiedlu, czuła się tak jakby miała wiele wnucząt i od nowa zaczynała poznawać to młodsze pokolenie.

Ciągle pracowała, przetrwała kryzys ustrojowy, własne kłopoty, bo przecież jak każdy je miała. Ukrywała swoje troski przed klientami za piwnymi oczami. Jej córki, teraz kobiety, wiedziały, że bardziej prawdopodobne jest to, że znajdą ich ukochaną matkę, rozmawiającą z ludźmi niż przy kuchni. Zresztą niektórzy ze starszych klientów doskonale znali jej rodzinę i miało się wrażenie, że tworzą bardzo zwartą społeczność.

Osiedle przy którym mieścił się sklep, nie było zbyt bogate, jak to na wschodzie kraju, jednak Maria potrafiła swoim zapałem i energią, zachęcić każdego do zakupu. Do jej miejsca pracy prowadziła ścieżka. Wraz z nadejściem kapitalizmu, klient mógł wybierać nie tylko w towarach, ale także decydować przez kogo i jak chce być obsłużony. Oczywiście żaden z nich nie powiedział tego wprost, jednakże ścieżka obok sklepu stała się taktycznym punktem obserwacyjnym wśród niektórych klientów, dobrym sposobem, aby stwierdzić, która ekspedienta obsługuje obecnie. Otóż, gdy Maria pracowała, słychać ją już było od głównej drogi. Jej śmiech był wszechobecny, unosił się pomiędzy obowiązkiem sprzedaży a debatą nie tylko polityczną. Niektórzy klienci byli tak zaznajomieni z otoczeniem, że Maria była wstanie powiedzieć, kiedy i po co przyjdą. Pani Jadzia przychodziła trzy razy dziennie po kilka plasterków sera. Były też siostry, bardzo lubiły chodzić po sklepie na bieżąco przypominając sobie co mają kupić, podczas gdy tak naprawdę chodziło o kontakt z drugim człowiekiem i najświeższe plotki. Byli też miłośnicy zwierząt, którzy zapinając swojego pupila przed sklepem ucinali sobie krótką pogawędkę z sąsiadem, po czym dopiero robili zakupy. To życie, które toczyło się w małej mieścinie, miało swój rytm aż do czasu wielkiej pandemii. Nie przyszła nagle. W ich miasteczku wszyscy wiedzieli co się dzieje na świecie, z niepokojem patrzono na Włochy. Gdy w końcu wirus dotarł i do nich, pierwszym zmartwieniem Marii, nie było jej własne zdrowie ani nawet praca tylko przyszłość jej córek.

Maria była osobą, która przeszła w swoim życiu niejedną historię. Nikogo też nie zdziwiło, że podchodziła z większą ostrożnością do informacji zamieszczonych w telewizji, ponieważ była w grupie ryzyka. Przez pierwszy tydzień nie chciała rezygnować z pracy, zwłaszcza, że widziała tą narastającą panikę ludzi. Jej przełożona krótko podsumowała ten fakt:

– Świat nie będzie już taki sam, zobaczysz. – Przełożyła stos piętrzących się papierów, zamówień. – Brakuje mięsa, warzyw, drożdże to towar luksusowy tak jak kiedyś pomarańcze. Wszystkie pracujemy ponad siły, ludzie wciąż przychodzą, pytają o zaopatrzenie. Nie kupują kilograma mąki tylko od razu 10 kilo!

Rzeczywiście sklepik choć mały, to wcale sytuacja nie była łatwiejsza niż w popularnych sieciówkach. Irytacje stałych klientów dało się wyczuć już zza zakrętu znajomej ścieżki.  Wszyscy kupujący mieli swoje zdanie co do towarów, ale teraz w tym zaniepokojeniu wydawali się jeszcze bardziej wybredni oraz po prostu nieczuli na fakt, że Maria też jest człowiekiem. Zamiast śmiechu, zaangażowanych rozmów, na jednej przestrzeni słychać było tylko pomrukiwanie mężczyzn na działanie władzy, stukanie zniszczonych kobiecych paznokci, odzianych w rękawiczki. Maria odpowiadała uśmiechem na te humory lub nuceniem kościelnych pieśni. W jej domu, było coraz mniej szklanek, wypadały z drżących, zmęczonych dłoni. Malachitowe oczy jej młodszej córki, śledziły jej zmęczenie, po raz pierwszy widziały niechęć, gdy mówiła o pracy.

W drugim tygodniu, inni zaczęli wracać. Maria wiedziała, że to może sprawić, że ludzie będą jeszcze bardziej podzieleni. Ona sama, gubiła się w tym co już miała myśleć. Klienci otwarcie antagonizowali pomysł władzy, ale dość duża część jej znajomych była poza granicami kraju. Bała się coraz bardziej. Lubiła mieć kontakt z klientem, ale szefostwo kazało nosić niebieskie rękawiczki. Zrobiła to mimo bólu wrażliwych dłoni. Nie wyobrażała sobie, że może zostawić koleżanki bez pomocy, ale czy mogłaby zostawić swoją rodzinę, wnuki? Strach odbierał jej czasem tą łagodność i zdolność dyplomacji, zwłaszcza, gdy widziała, jak ludzie, którzy mają na czole napis kwarantanna, tuszują go butą, bądź zwykłym ryzykiem:

– Władek, byłeś we Francji! Co tu robisz?! A kwarantanna?! – szepnęła.

– A co? A nie… – Rumieniec na policzkach powiedział jej wszystko. Klient niczego nie kupił. Nie wrócił do tej pory. Było kilka takich przypadków, gdzie była niemal pewna łamania przepisów. Nie była donosicielką, znała tych ludzi. Nie mogła już tego znieść. Po raz pierwszy w swoim życiu dobrowolnie poszła na urlop. Na tydzień. Kierowniczka była zaskoczona:

– Naprawdę?! Nie zmuszona, przez zakład? Przeze mnie? Naprawdę dali ci w kość.

– Tak. Ala, Nie mam już siły. Poza tym dzieci się o mnie martwią. Wczoraj wnuk prosił abym nie wychodziła do pracy, bo jest wirus. Ma tylko siedem lat. Maria nie okazywała łatwo emocji. Samotne dzieciństwo i trudne rodzicielstwo, wiele ją nauczyły o emocjach, ale jakoś nie mogła powstrzymać łez.

-Oczywiście, masz ten urlop. Wypoczywaj. My z Baśką, sobie poradzimy. – Kierowniczka uśmiechnęła się, jednak w jej oczach nie było tej pewności i zwykłego ciepła. W uszach wciąż miała otrzymaną właśnie wiadomość od prezesa o tym, jak obniżają im pensję i skracają godziny pracy. Oczywiście z jednej strony takie jest zalecenie premiera, ale z drugiej teraz były tylko we dwie i musiały sobie poradzić ze wzburzonym społeczeństwem. Praca na dziesięciogodzinnej zmianie też nie była lekka. Prezes nie słuchał i wciąż dostarczał niepotrzebny towar, aby pokazać, że go nie brakuje. Zastanawiała się, gorzko kto potrzebował lodów w tym czasie na miłość boską! Ludzie czekali z niecierpliwością na kawałek jakiegokolwiek mięsa, przecież zbliżały się święta, prowadzono już nawet zapisy. Wrócono do czasów PRL. Tylko teraz jakoś bardziej bezwzględniej jest chyba. Alicja patrzyła na wychodzącą Marię, zdając sobie sprawę, że ten tydzień będzie trudny dla nich wszystkich.

Maria siedziała przez tydzień w domu, szorując każdy jego zakamarek, gdyby tak się dało wybielić strach jak zasłony czy obrus, natychmiast przystąpiłaby do działania. Jej starsza córka, praktycznie się z nią nie widywała, aby usłyszeć wnuki musiała usiąść przed komputerem i zadowolić się cyfrowym nagraniem. Tęsknota była obezwładniająca. Nie chodziła także w swoje miejsce pracy. Wiedziała, że dziewczynom w sklepie jest trudno, ale wciąż było tam zbyt wiele ludzi a liczba ofiar rosła. Była wściekła, krzyczała. Mąż uciekał do pracy. Zakład w którym pracował jeszcze nie zatrzymał produkcji, więc miał co robić. Jednak nie zmieniało to faktu, że Wiesiu milczał a na jego twarzy było więcej zmarszczek niż zwykle. Młodsza córka, próbowała wszystkiego, aby złagodzić nastrój. W końcu też wybrała ciszę.

Po tygodniu Maria musiała wracać, jakoś niechętnie szła o poranku, znajomą drogą. Słońce pocieszająco wzeszło nad horyzont, ale nawet ten widok na niebie wydawał się uwypuklać ciszę w mieście i pustkę w mieście. Po lewej stronie na pustym parkingu stał biały dostawczy samochód, jakby oczekując na pełne parkingi i drogi. Jednak strach był zbyt silny w świadomości mieszkańców. Po drodze spotkała sąsiadkę, nie tylko nie rozmawiały, ale Marlena odskoczyła na drugi brzeg chodnika nie witając się nawet. Miasto umierało.

Tymczasem nowe nakazy premiera głosiły, że może przyjąć trzy osoby naraz i w określonych godzinach starszych klientów. Zgadzała się z brakiem tłumów, ale doszło do sytuacji, w której musiała wyganiać młodsze osoby chcące zrobić zakupy, ponieważ bała się mandatu. Nie czuła już nic prócz gniewu. Zwłaszcza, że panie Janiny, Irenki czy Stasie, wiedziały, że są w uprzywilejowanej sytuacji i nie przestrzegały zasad higieny. Moralizowały jedna drugą, kłócąc się, jak dwie przekupki na targu zamiast robić zakupy w czasie dla nich przeznaczonym. Mimo kartek, próśb, komunikatów w radio i telewizji, niektóre panie nadal chodziły do sklepu o własnych porach dnia nie przejmując się zasadami. Pracownice postępowały według regulaminu obsługując tak jak nakazywali. Jednak młodsi nie byli tacy łaskawi. Spieszyło im się, również mieli rodziny do wykarmienia a nie mieli gwarancji, że kupią to co chcą. Chociaż ekspedientki uspokajały, że towar dostaną. To często słyszeli w głowie: „Zamówimy, może jutro dojedzie”, niepewność w oczach rosła.

W piątek pod koniec trzeciego tygodnia obostrzeń, przyszedł Maciuś. Konserwator z firmy. Według zaleceń miał założyć pleksę nad ladą. Przyszedł akurat w czasie rozładunku towaru:

-Oj Maryśka, Maryśka co ty tu jeszcze robisz, toć to dawno po godzinach jest? – zdziwił się. Popatrzył na piętrzące się kosze z napojami alkoholowymi i brak przejścia i miejsca dla klientów. Kobieta popatrzyła na niego uważnie i spracowaną dłonią wskazała na wnętrze sklepu:

– Jak myślisz, kto za nas to wyłoży, pometkuje? Nie mamy magazyniera, pod ręką. Ty też nam nie pomożesz. Ja też już nie jestem najmłodsza, ale niestety nic za darmo nie dają w tych czasach. – Mówiąc to złapała za kosz a Maciek usłyszał trzask w prawym kolanie. Obserwował uważnie jej twarz, lekko się skrzywiła, ale doniosła do celu towar odkładając go delikatnie. – Może idź ty na wolne? – zawołał za nią. Wysoki jak topola a głupi jak fasola – mruknęła stojąca obok Ala, sprawdzająca zgodność zamówienia.

– Co? – Zaczerwienił się. – A idź! Robisz tyle w handlu a gadasz jak polityk! – Ala, gniewnie prychnęła. – Maria jest tu potrzebna, widziałeś ile tu tego jest. Bez niej sobie nie poradzimy. Obetną nam premie, jak wyrobimy mniejszy utarg. Gdy pójdzie na chorobowe też dadzą jej mniejszą pensję. Ma chorą córkę, mąż też nie zarabia dużo, dołożysz jej do wypłaty? – Popatrzyła na niego uważnie. – Nie bądź idiotą, wiesz, że ta pleksa nas nie ochroni. Wszyscy mówią o lekarzach, farmaceutach, ale my też jesteśmy na linii frontu a ludzie nie są coraz przyjemniejsi. – Mówiła coraz ciszej, aż zupełnie zamilkła.  Maciek w tej ogłuszającej chwili zrozumiał, że ma przed sobą nie tylko proste kobiety, ale bohaterki. Narażające własne życie i zdrowie po to by on miał co włożyć do lodówki. Kobiety o których się nie mówi, które w ciszy spełniają swój obowiązek, ale których strach nie jest wcale mniejszy. Wiedział, że dopóki, epidemia trwa, żadna z nich nie zaśnie spokojnie, tak jak ich dzieci czy mężowie, bo może klient przyjedzie z zza granicy, albo jakiś inny chory, który złamał zakaz przyjdzie na zakupy.

Z tymi myślami zakładał przeźroczysty materiał wiedząc, że to niewiele im pomoże. Nie sprawi, że ludzie będą bardziej wyrozumiali a media dostrzegą, że także są ludźmi.

Mam na imię Klaudia i cieszę się, że tu jesteś. Chciałabym abyś się poczuł jak u siebie i wypił ze mną kawę w otoczeniu słów. Na blogu opowiem Ci nie tylko o moich potyczkach z fotografią ale o tym co mnie inspiruje. Będzie to podróż pełna wyzwań. Zapraszam cię serdecznie zabierz ze sobą ciekawość! Jeśli podobał Ci się ten tekst udostępnij go dalej, lub odwiedź mnie na facebooku: Sztuka Pisania