przepis
Lifestyle

Przepis na dobre święta – Czułość i ciepło.

Mikołajki, tak dziś jest ten dzień, kiedy możecie, obdarować kogoś znowu prezentem, ale ja nie tylko o tym chciałam. Bo wiecie, poza tym, że w jednych miejscach Polski jak słyszę, zimno, w drugim jeszcze nie do końca, tendencja jest ta sama. Czas bożonarodzeniowy jest już od listopada. W zasadzie człowiek może się przyzwyczaić, do reklam, towarów świątecznych, wystawianych na stragany zaraz po święcie zmarłych czy też Halloween, tradycji którą od lat tworzy z bliskimi.

Dawny przepis – sprawdzone ciepło.

Teraz właśnie stoję przed jedną z takich półek, dotykam czekoladowego mikołajka i wiem, że będzie jak zwykle. Mama, kiedyś opowiadała, że dzieciaki z jej wsi, czekały na prezenty. Jednak nikt nie miał środków, na smartfony. Jedyne co mogli dostać to pierniczki, makowe wypieki i ewentualnie pomarańcze jak babcia stanęła odpowiednio wcześniej do kolejki. Mówi, że czekali, doceniali i rzeczywiście widzę w jej oku sentyment za tym czasem, udekorowanym tradycją i uśmiechem. Ja nie mówię, że nikt teraz nie docenia i nie czeka. Jednak mając już w listopadzie wszystko na półce a po drodze jeszcze dziesięć przecen i promocji, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to co najważniejsze gdzieś się zagubiło. W Mikołaju chodziło o drobiazg, sprawienie małej przyjemności, nie wykupywanie połowy sklepu, zwykłe przytulenie i powiedzenie: Patrz masz prezent, byłeś grzecznym dzieckiem, kochamy cię. Pytanie czy często mówimy to dając dziecku upominek, a jak często, chcemy po prostu spełnić jego zachciankę lub uczymy je aby zajęło się sobą przy dziesiątej konsoli.

Kilka składników – prosta receptura na wzruszenia.

Tymczasem, moim Mikołajem, kiedy przestałam w niego wierzyć była również moja babcia i mama. Ta pierwsza, przychodziła, do nas tego dnia, i po drodze, „spotykała” brodatego pana i dawała, jeden upominek z listu. Byłam dzieckiem w latach dziewięćdziesiątych, nie było jeszcze szału zakupowego, jednak był większy wybór niż za czasów dzieciństwa mojej mamy. To powodowało, że dostałam pierwsze mebelki dla, czy plastykowe klocki (do dziś pamiętam to żółte wiaderko, babciu, i różową szafkę dla lalek). Po dwudziestu latach, przyjdę, któregoś dnia, do niej na herbatę i zobaczę wszystkie swoje laurki i listy. Wzrusz. W takich chwilach czuje się, znowu jak dziecko. To są wspomnienia.

Co będą pamiętać dzieci teraz.

Wiecie, zawsze trafi się taki bohater z opowieści wigilijnej. Typowy skąpiec, co nie lubi świąt, najchętniej poszedłby do roboty, bo wkurza go to, że nagle ma zbyt dużo ludzi wokół i brak świętego spokoju. Oczywiście ma prawo do negatywnych uczuć, jednak, nie ma prawa aby one udzielały się innym, (zrozumiałam to niedawno, posiadanie dzieci w pobliżu zmienia postrzeganie świata). Teraz taki Ebenezer (Edek), czuje ma dwa wyjścia, albo rzeczywiście zejść ze sceny, wprawiając w umartwienie swą matkę/żonę ewentualnie obie lub po prostu udawać, że to lubi. Że wcale nie drażni go następna zabawka syna, że wcale nie denerwuje go podwyższona ekspresja dziecka, gdy cieszy się z przedmiotu. Że wcale nie ma ochoty zakopać się w łóżku i przespać całych świąt. Że wcale nie denerwuje go utrata pensji z okazji wolnego dnia i uśmiechający się ludzie.

Jednak jeśli nie ma gdzieś społeczeństwa, a zakładamy, że jednak nie, to dla pozoru trzyma się tradycji, mimo, że coś w przeszłości nie wypaliło, bo jego rodzice niekoniecznie dali mu dobre wspomnienia. I tak więc idzie z żoną/matką na tą wigilię, Mikołaja ze sztucznym uśmiechem, mężnie postanawia udawać. Wytrzymuje do pierwszej kawy/barszczu. Wrzeszczy na dzieciaka a dla kobiet jest niemiły, bo to ich wina. Zawsze to one są winne, bo ubrały choinkę, bo gotowały, bo chcą stworzyć nastrój, bo udają, że nie widzą jego złego humoru. Dzieci już na zawsze pamiętają zepsute święta. Zabawka, traci urok. 10 lat później Edek młodszy będzie psuć każde święta, bo tak robi tata. Różnica jest jedna. Matka/Żona już się nie uśmiecha, jedyne o czym myśli, to: Też nie lubię świąt, jestem zmęczona, nie mogę odpocząć. Nie mówię, że tak święta, wyglądają we wszystkich domach, mogą też być szczęśliwe, hałaśliwe, i takie jak w reklamach. Jednakże zdarzają się Edkowie, kilku takich znałam.

Wiecie i ja w tym dniu, po prostu apeluję o równowagę, nie chodzi o to aby opróżniać swoje portfele, najlepiej jeśli w miarę możliwości prezenty zrobimy sami, ale jeśli nie, drobiazg wystarczy i powiedzenie, kilku czułych słów. A jeśli dana osoba się obrazi, że to zbyt mało to znaczy, że znajomość miała charakter ściśle materialny i czy warto w to brnąć w to dalej? Z drugiej strony, mamy prawo od czasu do czasu być Edkami, ale nie jesteśmy centrum wszechświata. Nie możemy być samotnymi wyspami na zawsze, człowiek jest istotą społeczną, nawet jeśli nie akceptuje tradycji, kiedyś będzie potrzebował innych. Choćby z tego względu warto docenić starania matek/żon.

A teraz ja idę zakopać się pod kocyk i cieszyć się swoim prezentem o którym Wam napiszę, niedługo.

Mam na imię Klaudia i cieszę się, że tu jesteś. Chciałabym abyś się poczuł jak u siebie i wypił ze mną kawę w otoczeniu słów. Na blogu opowiem Ci nie tylko o moich potyczkach z fotografią ale o tym co mnie inspiruje. Będzie to podróż pełna wyzwań. Zapraszam cię serdecznie zabierz ze sobą ciekawość! Jeśli podobał Ci się ten tekst udostępnij go dalej, lub odwiedź mnie na facebooku: Sztuka Pisania